„Jaki plan? Baluję dziś. Ruszam w klub. Barman seta. Zarzucana jest tableta. W kiblu feta. Jest mocarnie. Walnij z nami. Będzie fajnie”.

Rafał Pacześ, widząc drobny urokliwy notatnik, który dzierżyłem w dłoni, zapytał mnie przed imprezą: „Prowadzisz notatki?!”, co mnie rozkurwiło, bo wiedziałem, że było to zapytanie z intencją zadrwienia z pytanego. To raz. Dwa, że, czy prowadzę. Kurwa, robię. „Prowadzi się” pamiętnik. Albo zeszyt ze „złotymi myślami” (tę jednostkę syntaktyczną dedykuję osobom, które uchroniły się przed okresem gimnazjów; natomiast do młodziaczków – sprawdźcie sobie, czym były złote myśli, młodziaczki). Prawda jest brutalna. Robiłem notatki. Prawda odnośnie tego tekstu jest jeszcze brutalniejsza. Nie mam przy sobie notatek, które „prowadziłem” podczas warszawskich eliminacji do Antrakt Stand-up Festiwalu.

Napierdalam zatem z pamięci. Wspomniany Pacześ przeszedł do finału decyzją publiczności. Trzeba sprawdzić Paczesia. Jest zajebisty. W swojej klasie. Cholera wie, jak nazwać tę klasę. Nie zmieni Waszego myślenia o rzeczywistości. Dostarczy Wam dużo frajdy. Dobrze się na niego patrzy. Był nieco obsrany. Sam przyznał. Pędził na początku. Później wszedł w swój rytm. I zabrał ze sobą widownię. Słuszna decyzja.

Kilka osób za dużo zagłosowało na niejakiego Rafała Sumowskiego (chyba nawet ponad 20), który przyprowadził znajomych. Nie wiem. Nie pamiętam. To nie było dobre.

Krystian Gancarz, Mieszko Minkiewicz. Ja bym chciał dobrze napisać. Przejechałbym się do Legionowa albo Białegostoku. Ale jakoś sobie poradzę. Jakoś sobie radzę do tej pory. Chłopcy są nieco ciężkostrawni. Krystian ma taki żart na wejście, że dziewczyny to tylko z Legionowa, gdyż połykają. A dlaczego połykają? Bo jakiś diler połknął narkotyki przyskrzyniony przez policję. Jak diler, który połknął dragi łączy się z tymi dziewczynami? Wspólne miejsce zamieszkania? Czyżby tam nie było żartu? No kurwa.

Jestem wyjątkowym skurwysynem w tym tekście.

Czemu przyciężkawi? Jest w nich jakaś buta. Nie wiem, skąd to sie bierze. Czasami jest tak, że jak mocno interesujesz się stand-upem zachodnim, to myślisz, że automatycznie jesteś częścią stand-upu polskiego. Nie wiem, czy ze mną tak przypadkiem nie jest. Czy ja nie jestem na wyrost. Niby nie. Jednak częściowo czuję się – jak to mówią w podcastach – „insecure”. Mocno teraz uderzyłem. Że niby jestem, a nie jestem, a może mimo wszystko jestem, choć nie jestem. Bo się interesuję, podcasty etc.

Hasztag Gombrowicz.

Mieszko Minkiewicz sprawia wrażenie kolegi ze studiów, z którym nie chcecie iść na piwo, bo zanudzi Was na śmierć. Będzie pierdolił o jakichś grach planszowych i swoim nudnym związku. Po drugim piwie spierdolicie do domu. A przecież niedobrze jest spierdalać do domu po dwóch piwach – to wiedzą wszyscy absolwenci studiów wyższych.

Może uda mi się tym razem zmieścić w jakiejś rozsądnej liczbie znaków. Teraz udaję się do toalety. Piszę to wszystko nago. O godzinie 4:25. W trasie. Stand-up Time. Raz po raz słuchamy tego:

„Dalej, masz. Wciągnij śmiało. Uważaj, żeby Cię nie wywiało. Towar mocny. Z górnej półki. Oczy o wielkości bułki. Robią się w pół minuty. Aż Ci, kurwa, spadły buty”.

Mocno popierdolona rzecz.

Po powrocie z toalety wbiłem się pod hotelową kołderkę. Bez sensu. Lepiej było nago. W końcu stand-up to taka semantyczna i egzystencjalna nagość. Rozbieranie się na oczach innych. Prawda, chłopcy i dziewczęta?

Był też Kuba Krzymiński. W jednym z tekstów pisałem o Pawle Leszku, który bredził coś, że wygląda jak Cygan, a wcale tak nie wygląda. Kuba mówi, że wygląda jak łysy z Brazzers.

Ja pierdolę.

Do tego Adrian Matysiak, który z jeżdżenia na open mici uczynił sobie hobby. Był w Koszalinie ze dwa razy. W (chyba) rodzinnym Szczecinie bywał mocno aktywny w tej materii. Matysiak robił chyba open mici, zanim Stramik wszedł na scenę. W Warszawie miał bardzo fajny moment, w którym przyznał, że jest chujowy. Bardzo lubię prawdę w stand-upie.

Do finału obok Rafała Paczesia wszedł Paweł Chałupka, który zebrał prawdopodobnie najlepsze rzeczy z ostatnich lat swojej działalności scenicznej. Wskazywanie nogą produktów w sklepie pod wpływem filmów z JCVD pamiętam z nagrywki na YouTubie z tzw. Warszawskiego Festiwalu Stand-upu organizowanego przez grupę Stand-up Polska w 2011 roku. Oglądałem to sobie, kiedy chciałem zobaczyć czy w ogóle istnieje polski stand-up. Robiłem research z zamiarem wejścia na scenę. Paweł ładnie poszedł tego wieczoru/wieczora. Na lekkim wkurwie/drobnej frustracji desperata, któremu zależy. Praca w gastronomii, głupota ludzka, te rzeczy. Całkiem spoko.

Poza tym pojawił się też Paweł Paliwoda. Nie jestem w stanie napisać niczego konstruktywnego o tym występującym. „Pewnie każdy z Was wdepnął kiedyś w gówno, tak powstał moonwalk. Człowiek chciał sobie zetrzeć gówno z podeszwy”.

Ja pierdolę 2.

W Warszawie pojawił się również Marek Zliczewski. Siedzący stand-uper. Marek funkcjonuje od jakiegoś czasu. Siedzi sobie na stołku i trzaska one-linery. Znamy się. To jest dla mnie satysfakcja, że mogę mu pojechać. On zawsze jechał mi. Np., że powinienem się zatrudniać i występować w klubach, które o pewnej porze chcą wypraszać ludzi.

Bardzo lubię Marka. Mam wrażenie jednakowoż, że on ma wrażenie, że robi lepszą rzecz niż robi. Zresztą sam powiedział mi kiedyś, że jest leniwy. Teraz wrócił po jakimś czasie nieobecności na scenie. Z częścią rzeczy, które słyszałem w początkowej fazie jego i swojej działalności. Było ok. Mocno ok.

Z Krakowa (a ogólnie z Kenii) przyjechał David Mbeda Ndege. Nieco sepleniący. Nie bardzo zabawny. Chociaż może tylko mnie nie śmieszą teksty w stylu: „Jak nie jest ładna, to worek na twarz i za ojczyznę. A co jeżeli jest głupia?”. Wiem jednak, że nie tylko mnie. Gdyż nie tylko ja uważam się za feministę. Myślę, że każdy racjonalnie rozpatrujący rzeczywistość człowiek powinien uważać się za feministę. David nie jest feministą. David jest wierzący. David jest klasycznym sucharem. To wszystko z reguły się łączy.

Jestem bardzo zmęczony.

Teraz znowu trochę oczernię, a trochę nie oczernię Darka Gadowskiego. Kiedyś mówię mu: „Zobacz, DMN wrzucił zdjęcie jak służy do mszy, co za koleś”. Darek na to: „Jacek, on jest czarny, wyobraź sobie, co by było, gdyby do tego był ateistą w tym kraju”. Jak mam nie kochać Darka?

Tak to się mniej więcej potoczyło. Z jednej strony jakoś staram się odnajdywać w tym wszystkim. Z drugiej zastanawiam się, czy nie było w tych relacjach za dużo otwartości. Wciąż jestem lekko zaskoczony, że robię takie rzeczy. Robię stand-up, piszę o stand-upie.

„Los chce ze mną grać w pokera, raz mi daje raz zabiera. Ja za swoim szczęściem biegnę w świat. Cuda przecież się zdarzają. I marzenia się spełniają. Los przekorny znowu miłość da”.

To jest przerażające, że nawet najchujowsze piosenki są o mnie, o Tobie, o nas wszystkich, Droga Czytelniczko, Najsłodszy Czytelniku.

„Paraparapapa ooo ooo para”.

Chyba muszę się przespać. Wkrótce wracam. Pozostańcie z Bogiem.